DOBRY ZWYCZAJ, NIE POŻYCZAJ…

Na wstępie – chcę Ciebie Drogi Czytelniku szczerze i serdecznie przeprosić za tę „ciszę w eterze”. Ja już tak po prostu mam – piszę, gdy ze mnie wylewa się coś; gdy coś gdzieś zwróci moją uwagę na tyle, by rozwinąć się nad tym dłużej i głębiej; tudzież, gdy wypiję o jedną lampkę za dużo i akurat wtedy przyjdzie ta „moja”, właściwa wena. Dlatego, piszę wtedy kiedy piszę – zazwyczaj właśnie w takim oto przypływie mniejszej bądź większej kreatywności, której dzisiaj wyjątkowo chyba mi nie brakuje (to już drugi tekst, który dzisiaj tak „na kolanie”, z przypływu myśli tworzę).

A co dzisiaj przykuło moją uwagę? Rzecz banalna, dość powiedziałabym powszednia, mamy z nią styczność bardzo często; osoby pracujące w branży odzieżowej wręcz codziennie – metka. Metka odzieżowa, kawałek kartoniku przytwierdzony żyłką, tasiemką tudzież kawałkiem sznurka do naszej nowej sklepowej zdobyczy.

Niby nic, prawda? Widzimy codziennie tych metek tyle w sklepach: proste i klasyczne, eleganckie, odrywane, coraz bardziej wymyślne kolorowe i plastikowe, z hologramami… jest tego całe mnóstwo i uwierzcie, naprawdę podziwiam kreatywność osób odpowiedzialnych za wizerunek marki, logo, kampanie reklamowe i tak dalej… Ale metka, która dzisiaj przykuła moją uwagę nie była stricte kawałkiem kartoniku z rozmiarem, ceną w różnych walutach, logiem i krajem produkcji. Bo jeżeli obserwujecie mój instagram uważnie to wiecie, że miewam takie „dni paczek”, jeden wielki haul gdy akurat wszyscy możliwi kurierzy pukają do moich drzwi jednego dnia – bo może im tak wygodniej, bo ja wiem? Ewentualnie wpadam w szał zakupowy raz na jakiś czas, ale porządnie, no bywa. No i dzisiaj, przyszły dwie wyczekiwane paczuszki. Jedna to tam małe piwo, zawartość przybliżę Wam zapewne w całym poście i relacji (bo sama w sobie ma dla mnie dużą wartość, lecz kompletnie do dzisiejszego wpisu nie pasuje), lecz druga – odzież. Pominę producenta i tak dalej (firma boska, tak jak i produkt ale nie o to chodzi), powiem Wam tylko, że chodzi o spodnie. Wiecie, wyciągam z koperty zapinaną folię – fajnie to wygląda, praktycznie, spodnie przepięknie zwinięte, metka na wierzchu, przepasane kokardką – no MIÓD. Rozwijam tę kokardkę, chcąc całość obejrzeć (wiadomo, kobieta niecierpliwą jest w przypadku nowych rzeczy do szafy i tak dalej) i moim oczom ukazuje się taka prawie sama taśma, jaką owiązane były spodnie, lecz tym razem biegnąca przez ich całą długość, zawijająca się o pas, aby wyjść u dołu nogawki i gdzieśtam pośrodku się spotkać przebita solidnym, złotym ćwiekiem. Wielka taśma w formie metki z napisem „do not remove unless satisfied with fit – returns will not be accepted if this tag is removed or tampered with”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „nie usuwaj taśmy, chyba że jesteś zadowolony z rozmiaru (tego jak produkt leży), zwroty nie będą przyjmowane jeżeli ta taśma zostanie naruszona lub zdjęta”. I pytanie brzmi: dlaczego mnie to tak uderzyło?

Otóż, Drogi Czytelniku, w dobie internetu; łatwych zakupów i równie prostych zwrotów, uderzył mnie jeden fakt, jeden artykuł, na który ostatnio trafiłam. Dotyczył on koncernu Zalando, który z tego co mi wiadomo ma najbardziej przyjazną klientowi politykę zwrotów. Nie podoba Ci się zakup? Chcesz na spokojnie przymierzyć w domu? Spoko, masz 100 dni na zwrot na nasz koszt a my oddamy Ci pieniądze! Bosko, co? Na pewno nie raz robiłaś/eś zakupy na tym portalu lub chociażby o nim słyszałaś/eś. I o ile znana jest Ci ta polityka (wygodne, bo nie musisz jechać nie wiadomo gdzie by przymierzyć i kupić odzież ulubionej, często zagranicznej i niedostępnej w Polsce marki, tylko możesz to zrobić w domu), o tyle konsumenci zaczęli mocno tą politykę nadużywać, traktując sklep internetowy jako swoistego rodzaju „wypożyczalnię ubrań”, szczególnie na specjalne okazje lub po prostu „do zdjęcia na instagramie” (LUDZIE, SERIO?).

I teraz wyobraź sobie sytuację: widzisz na tym portalu piękną, wymarzoną wręcz sukienkę (tudzież garnitur, lecz wybaczcie Szanowni Panowie, w tym wpisie o wiele prościej jest mi się odwołać do Pań – i taką też formę zachowam). Tak, to właśnie ta jedyna, którą założysz na wesele brata wujka siostry ciotecznego brata Twojej matuli, nie wyobrażasz sobie, aby już pójść w jakiejkolwiek innej, więc szczęśliwa sprawdzasz czy jest Twój rozmiar. Tabelka i atrybuty oferty pokazują, że jest! Więc cudownie, dodajesz do koszyka, płacisz, wybierasz formę dostawy i czekasz aż kurier dostarczy upragnioną paczuszkę pod drzwi. Czekasz niemalże pod oknem, no bo jakby inaczej, ileż jest memów w internecie o tym jak kobiety czekają na zamówienie ze sklepu? Cała masa i nie ukrywam, że i mi zdarzy się z takim utęsknieniem czekać na jakąś paczkę. No i nadchodzi ten moment, gdy ją dostajesz – podpisujesz odbiór, rozrywasz taśmę lub w przypadku tego konkretnego sklepu – pudełko – i wyciągasz swą upolowaną niczym strzałą na prawdziwym polowaniu, zdobycz. Piękną, mieniącą się, jeszcze zapakowaną – zdobycz. I otwierasz tę folijkę, lecz już z góry czujesz, że coś Ci nie gra. Bo o ile wszystko pięknie, sukienka ma komplet metek i tak dalej, to jakoś te koraliki na wycięciu pod pachą tak smętnie zwisają? No i w sumie chyba nawet dwóch brakuje! O i podszewka na dole trenu jest ubrudzona, jakby od tańca! Szybko podnosisz sukienkę do nosa i czujesz ulatniający się jeszcze lekko zapach Chanel No. 5, na ABSOLUTNIE, czysto teoretycznie NOWEJ sukience. Hola, hola, jakiej nowej?

Ano, tak się złożyło, że taka Grażynka 2 tygodnie temu też kupiła dokładnie tę samą sukienkę. Mówię DOKŁADNIE tę samą, bo to konkretnie ta sztuka, którą trzymasz w dłoni. Jednakże, Grażynka postanowiła zrobić „deal życia”, bo w sumie idzie tylko na jedno swojskie weselicho, to po co miałaby kupować taką kiecę na własność, skoro na kolejne swojskie weselicho musi już mieć inną, no bo przecież w tej samej zobaczyć jej nie mogą? Więc Grażynka stwierdziła: kupię, metki schowam pod spód, nikt się nie kapnie, przetańczę pół nocy, lekko przepiorę w strategicznych miejscach i będzie tego! Metki niezerwane, mam 100 dni na zwrot, zrobię wejście smoka, mnie zapamiętają, a kieckę zwrócę i heja banana, impreza zaliczona w iście królewskim stylu! No i jak też pomyślała, tak zrobiła, przy okazji urwała pod pachą te dwa nieszczęsne koraliki no i obcasem podszewkę też zahaczyła, bo kiecka długa, niby w tańcu wygodna, ale jakoś Józek za mało energicznie ją obrócił w tańcu, no i nadepnęła, zdarza się. A i jakże, sukienkę potem spakowała, odesłała, pieniążki wróciły na konto, Grażyna foteczki z imprezy ma, a teraz TY trzymasz SWOJĄ wymarzoną, NOWĄ (ekhm!) suknię w dłoniach. I wiesz, że zostały Ci 3 dni do wesela, a ty jesteś autentycznie zniesmaczona i WŚCIEKŁA, że ktoś, kto przyjmował zwrot nie zauważył, że ta boska kieca już swój dziewiczy pierwszy raz ma za sobą. No i dzwonisz, piszesz maile, awantura stulecia nawet gorsza niż ta, gdy zobaczysz trzecią już parę zwiniętych skarpetek męża pod łóżkiem, bo przecież jak to taki renomowany sklep; ty jesteś bez kiecki 3 dni przed weselem, już nie zdąży dojść; to była ostatnia sztuka w Twoim rozmiarze i tak dalej… istny DRAMAT!

I teraz wyobraź sobie, że ta sytuacja nie jest wytworem mojej wyobraźni, tylko autentyczną, jedną z setek historii i przypadków z którymi właśnie postanowiło walczyć Zalando. Z masowym wypożyczaniem nowej odzieży na różne okazje: od wesel począwszy poprzez bankiety firmowe, na zwykłych fotkach na instagram skończywszy. Tak, ludzie potrafią kupić coś byleby zrobić sobie w tym zdjęcie na instagram i oddać, bo „fejm się zgadza, serduszka będą, jestem tak bardzo trendy w tym topie z napisem SUPREME i wydętymi ustami”. Serio, rozumiem jakieśtam kanony i trendy na IG, sama za niektórymi muszę lub staram się w jakimś maleńkim stopniu nadążyć, lecz zawsze zachowując SWÓJ rozum i swoje wartości, jednakże tego ewenementu nie zrozumiem i już.

No ale, wracając do meritum. W artykule, na który natrafiłam wyczytałam, że Zalando chce wprowadzić horrendalnych rozmiarów METKI do odzieży – takie wielkie, w widocznych miejscach, których nie da się schować podczas użytkowania ubrania, a po których ściągnięciu zwrot jest niemożliwy. I o ile jeszcze nic nie zamawiałam odkąd ta ich nowa polityka weszła w życie, o tyle w moich rękach wylądowała dzisiaj inna paczka z podobnym zabezpieczeniem – i jest to pierwsze zabezpieczenie tego typu z którym mam osobiście na żywo styczność. I szczerze? PODOBA MI SIĘ.

Bo ja NIE POPIERAM masowej pokazówki. NIE POPIERAM tego całego FEJMU na instagramie, na różnych innych uroczystościach „bo muszą o mnie gadać, że mam kieckę od Versace za ponad tysiaka, nieważne, że i tak ją oddam”, NIE POPIERAM tej całej sztuczności spowodowanej chęcią „POKAZANIA SIĘ, niech o mnie gadają!” Naprawdę, jeżeli chcesz by o Tobie mówiono – to pokaż się od najlepszej strony. I nie mówię tu o kreacji za milion dolców, czy też super popularnej bluzeczce/topie/innym typie odzieży – po prostu pokaż SIEBIE. Bo dama nawet i w łachmanach zachowa klasę, nie uważasz?

I nie, nie hejtuję tutaj drogiej odzieży – sama najchętniej wybieram marki bardziej luksusowe tudzież polskich producentów – z zamiłowania, szacunku do pracy, trochę też ze swojego własnego zboczenia zawodowego. Wyznaję bardziej filozofię – nie stać Cię – nie „kupuj” (tutaj mam na myśli to całe celowe „wypożyczanie”). Chcesz się pokazać w czymś super a naprawdę nie masz nic fajnego w szafie? Poluj na okazje, są tysiące aukcji gdzie można dorwać genialne rzeczy za niewielkie pieniądze – a i te rzeczy świetnie zestawione stworzą stylówkę marzeń. Wystarczy tylko użyć odrobiny wyobraźni, poświęcić trochę czasu, poszperać. Cobyś i Ty kiedyś nie musiał przy swoim zakupie marzeń natrafić na „raz noszoną, jak nową” – po troszę też w myśl zasady „nie rób drugiemu (…)”.

Także, ja z radością po upewnieniu się, że aby na pewno wcisnę tyłek w te genialnie wyglądające spodnie – przecięłam i wyrzuciłam tę taśmę wijącą się przez całą długość nogawki. I wiem, że będę je nosić nie tylko dlatego, że chcę w nich świetnie wyglądać „do zdjęć” – po prostu to świetnej jakości odzież w moim stylu, która na pewno mi posłuży.

A ty, popierasz walkę sklepów internetowych z „falą zwrotów”?