PIERNIKOWO-GORZKIE NARODZINY

Będąc jeszcze w połowie swoich Świątecznych rewolucji, jeszcze tak na świeżo zanim przyjdzie ten dzień ostateczny, dla wielu oznaczający powrót nazajutrz do pachnącego kawą z ekspresu biura; pełnego kolorowych opakowań nie mających nic wspólnego ze świątecznymi, obwiązanymi kokardami prezentami marketu; do magazynów, w których potrzebne są często siły silniejsze niżeli te ciągnące świąteczne sanie… dzień ostateczny, 27 grudnia, kończący ten także przyjemny dla wielu czas spotkań, wieczerzy w dawno niewidzianym lub codziennym gronie, prezentów i tych wymarzonych i tych zbędnych, nietrafionych wypełniających przestrzeń pod zielonymi gałązkami. Trochę tak przekornie staram się zmusić Ciebie, byś uświadomił sobie, że te dni mogą być tylko rutyną; tylko takim jednym okresem w roku, który trzeba „odbębnić”, przygotować te nieszczęsne rybne potrawy, których tak nie znosisz (bo przecież post, tradycja, nie wiesz do końca dlaczego, ale jest!); gdy musisz obdarować tę daleką ciotkę haftowaną serwetką z marketu tudzież uniwersalnym zestawem prezentowym popularnej marki kosmetycznej, bo to w sumie przydatne; gdy z umiarkowanym entuzjazmem wtykasz poduchę pod czerwone ubranie i naciągasz brodę z waty, bo przecież wiesz, że bajka o staruszku z Laponii to TYLKO wytwór spragnionych cudu umysłów lub wypełnienie słupków sprzedażowych marketingowych specjalistów w korporacjach… Och, specjalnie wprowadzam Cię w marazm, burząc ten lekki jak śniegowy puch (którego stosunkowo w ostatnich latach brakuje lub pojawia się na dwie godziny by zniknąć we wszechobecnej szarudze w 50 odcieniach) Świąteczny spokój; burząc tę harmonię i radość, którą zdążyłeś odczuć dostając przyjemną płytę z relaksującą Cię muzyką, koszulkę z logo ulubionego zespołu czy drona – zabawkę, który przy pierwszej możliwej okazji stworzy rysę na ścianie, której nie zamalujesz przez najbliższe 3 miesiące, aż nadejdzie czas wiosennych porządków. Czuję się źle sprowadzając te 3 dni w roku do czegoś przyziemnego, co niektórzy podtrzymują z czystej tradycji, co trochę z przyzwyczajenia stało się czasem do „przeżycia”, do wydania pieniędzy na prezenty, do zmywania tony talerzy i kilkunastu szklanek więcej. Do wymyślania kolejnych bezsensownych „ferrari w garażu i samych szóstek w szkole” przy trzasku łamanego opłatka. Do celebrowania obżarstwa, bo godziny spędzone w kuchni nie mogą się zmarnować; do kupowania tej 10 centymetrów wyższej choinki „bo tamta była za mało okazała”, do picia alkoholu w tej najmocniejszej postaci…bo okazja. 

I teraz Drogi Czytelniku, spójrz na to z innej perspektywy.

Daleka ciotka może ucieszyć się z tej serwetki bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Bo akurat ją położy na stoliku w jej ulubionym gościnnym pokoju, tuż obok ramki z najważniejszymi osobami w jej życiu. Trzyletni syn Twojej siostry na widok Pana w czerwonym przebraniu z wypchanymi karmelkami polikami (bo przecież nie może poznać wujka po głosie!) niosącego worek prezentów prawie rozsadzi te małe słodkie policzki autentycznym szczerym zachwytem, że najprawdziwszy Mikołaj zechciał odwiedzić właśnie JEGO! Twoja Mama rozdzierając z radością sześcioletniej dziewczynki kolorowy papier w srebrne śnieżynki poprosi Cię o pomoc, bo ta kokarda jest zbyt mocno zawiązana, a ona koniecznie chce zobaczyć tył płyty, której utwory jeszcze dzisiaj zabrzmią w domowych głośnikach umilając jej powigilijny wieczór… Upieczone pierniki pachnące korzennymi przyprawami i skórką pomarańczy, przyozdobione mało dokładnie cukrową masą znikną na amen w brzuchach wujka Tadka i babci, zostawiając tylko parę okruszków na dywanie pamiętającym jeszcze czasy PRL-u. Wigilijne wino zrobione przez ciotkę Grażynkę przyprawi twojego Ojca o rumieńce na polikach, gdy po raz n-ty opowie wszystkim zgromadzonym, jak to poderwał Twoją Mamę w kolejce w sklepie. Szyby w oknach zaczną trzeszczeć od okrzyku zachwytu Twojej córeczki na widok wymarzonej lalki, którą może czesać w piękne fryzury za pomocą małych plastikowych grzebieni. W jakże odległym szumie kwadratowego (tudzież plazmowo płaskiego) kolorowego pudełka rozbrzmi tegoroczna edycja kolęd nagranych ZNÓW przez jedną z trzech najpopularnieszych stacji telewizyjnych lub po raz dwudziesty ósmy już historia dziecka „samego w domu”… a ty w zadumie stwierdzisz, że zjadłbyś jeszcze tych cudownych makiełek i opróżnisz do dna tę z pozoru niewielką miseczkę pełną bakaliowego przysmaku.

Jeżeli to zabrzmiało dla Ciebie odrobinę lepiej, cieszę się. W końcu moja w tym rola, by przekazać Ci odrobinę tego, co może być oczywiste lecz nieświadome; co błahe i normalne, lecz wielkie w swej istocie. A teraz opowiem Tobie swoją historię; w końcu obfite wstępy nie biorą się znikąd i już w samych tych dwóch pierwszych akapitach chcę wprowadzić troszkę skrajnych emocji, by przygotować Ciebie na to, co w tym roku mnie osobiście dotknęło i skłoniło do przelania swych spostrzeżeń, przemyśleń i emocji na wirtualne literki w komputerze.

Jeżeli co roku zasiadasz w ten wigilijny wieczór ze swoją siostrą, bratem, babcią, rodzicami z całą pewnością odczuwasz ich towarzystwo, miłość i radość ze wspólnie spędzonego czasu. U mnie jest to sytuacja dość DUŻA w swej istocie, bo standardowo co roku jest nas czternaścioro… w zależności od tego kto pełni rolę gospodarza w danym roku liczba ta jest większa, lecz NIGDY mniejsza. Zawsze standardowo, tradycyjnie, jest to „wolne miejsce”, pozornie gotowe na przyjęcie tego nieoczekiwanego gościa, tej zbłąkanej duszy szukającej w tym nieufnym i niebezpiecznym świecie chwili spokoju, odrobiny miłości, kszty ciepła i towarzystwa chociaż w tym jednym dniu w roku. Dlaczego POZORNIE? Otóż nie zdarzyła się sytuacja, aby to miejsce zostało zajęte przez gościa… tudzież nikt z NAS nie zrobił nic w kierunku, by to miejsce zostało ŚWIADOMIE zajęte… ot, taka tradycja wynikająca z historii… i już. Jest, bo jest. Gotowe, wyczekujące, pełne ulepionych przez ciocię uszek. PUSTE.

Znam jednak historię i tą właśnie historią chcę się z Tobą podzielić. Historią, która zapoczątkowała się na wolnym krześle w mieszkaniu na Katowickim osiedlu. Historią, która co roku daje coraz większą nadzieję, miłość i ciepło. Historią, która w tym roku dała nadzieję MNIE. Pozornie niemożliwe, prawda? W końcu… moja rodzina powinna dać mi wystarczająco dużo ciepła każdego roku, nieprawdaż?

Otóż, Drogi Czytelniku, w tym mieszkaniu również przez parę lat było tradycyjne wolne miejsce. I jednego roku to miejsce świadomie zostało zajęte, gdyż gospodarz w swoim wiecznie burkliwym sąsiedzie, który często nie potrafił nawet odpowiedzieć na „dzień dobry” wyczuł coś jeszcze. Poczuł, że Świąteczny Czas nie bez kozery nazywany jest magicznym… i zaprosił go na wigilię do swojego rodzinnego domu. Nie znali się; gdy drzwi otwierały się ze zdziwionym wyrazem twarzy, wcześniej upewniwszy się przez judasza kto zakłóca mu pozorny „spokój”, gdy usłyszał zaproszenie wypowiedziane ze szczerych chęci nie miał nawet odwagi odmówić. Padło tylko jedno pytanie: „o której”? 

Od tego czasu minęło wiele lat. Wolne miejsce z cyfry „1” urosło do rozmiarów, które z pozoru Mikołajowi – bo tak też brzmi Jego prawdziwe imię – się nie śniły. Powstała fundacja, o nazwie takiej, jak to wolne krzesło; ta wolna przestrzeń w wielu domach tylko tradycyjna, w innych spełniająca godnie swoją funkcję: Wolne Miejsce. 

Mamy rok 2018, 25 grudnia, a zegarek na moim wirtualnym wyświetlaczu wybił właśnie godzinę 22:37. Minęły ponad 24 godziny od MOJEJ drugiej już wigilii spędzonej w gronie wolontariuszy z fundacji; w gronie 500 osób z Łodzi (w Katowicach było ich 3000!), które potrzebowały wigilijnego posiłku, namiastki domowego ciepła, towarzystwa tej wyjątkowej drugiej osoby, z którą mogłyby się podzielić swoją historią, dobrym słowem, życzeniem… Minęły 24 godziny, odkąd mogłam obserwować, jak ludzie, których koleje życia poprowadziły do łódzkich noclegowni wręcz „wlewają” się przez oszklone drzwi sali expo i czekają pokornie w długich kolejkach do szatni; odkąd z uśmiechem na ustach mogłam powitać każdego z nich z osobna nie patrząc na status materialny, społeczny; nie patrząc na ubranie; często cięższy do zniesienia zapach; nieogolone twarze, zmęczone oczy. Minęły 24 godziny, odkąd witałam gorąco starsze kobiety i ich rumiane policzki z roztartą pomadką mającą nadać rumieńców; odkąd otrzymywałam pocałunki w dłoń od dostojnych starszych gentlemanów, twierdzących, że spotkali anioła; odkąd zobaczyłam już z daleka staruszka, który zapadł mi w pamięć już rok temu, gdy samotny i zagubiony przyszedł po raz pierwszy nie wiedząc kogo spotka i jaki wieczór go czeka… gdy mogłam uściskać go i usłyszeć, że pamięta mnie, mój mały zalążek historii, który przekazałam mu rok temu; gdy tym razem to ON dał MI uśmiech, bo wiedział, że spędzi wspaniały wieczór czując się potrzebnym swoim towarzyszom wieczerzy… a gdy zniknął za progiem sali ja przez 5 minut musiałam poprawiać zniszczony przez łzy makijaż w toalecie. Gdy mogłam obserwować ludzi łamiących się opłatkiem ze sobą, z panią prezydent, z nami: wolontariuszami; w nadziei na lepsze jutro, na zalążek prawdziwej wigilijnej „rodziny” złożonej z 500 nieznajomych osób; gdy zajadali ze smakiem każdą z typowych wigilijnych potraw: ociekającego czerwienią barszczu, aromatycznego od pieczenia karpia, słodką kapustę z grochem. Gdy mogłam usiąść z „obcymi” mi ludźmi przy jednym stole, przed moją rodzinną wigilią złożoną tym razem WYJĄTKOWO z 11 osób, z powodów, o których wolałabym dzisiaj i w dniach następnych tudzież poprzedzających Świąteczny czas nie myśleć… poczułam, że to nie JA jestem tym ludziom dzisiaj potrzebna. To ONI byli potrzebni mi. Gdy po raz już n-ty powstrzymywałam łzy myśląc o mojej sytuacji: o tym, że mając tych wspaniałych ludzi naokoło mnie każdego dnia, spotykamy się i tak głównie od Święta. Że jesteśmy dla siebie, tak niby na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę jakoby w sąsiednim kraju tudzież galaktyce… Że Ci wszyscy, którzy przyszli tutaj dzisiaj nie mają nikogo, że ich samotność niczym echo dudni przez 365 dni w roku bo koleje losu zabrały im osoby dla nich ważne… do Niego, na sąsiedni kontynent, w waśni i niezgodzie, w zapomnieniu i niedbałości. Że wystarczy mały gest, jedno słowo, jedna tylko zmiana na zwrotnicy, takie tylko pociągnięcie dźwigni by i ta codzienność stała się mniej smutna, mniej przytłaczająca, bardziej obfita w dobry czyn, słowo, zalążek uczucia. Przeczytanie tym ludziom małej pięknie napisanej historii o Bogu, Wszechświecie czy jak go Każdy sam dla siebie nazywa stało się dla mnie cenniejsze niż jakikolwiek prezent, który mogłabym otrzymać… poza powrotem moich 3 brakujących osób na wigilię. 

Docierając w nagrzanym ciepłym powietrzem samochodzie z zapakowanymi prezentami dla moich bliskich do miejsca wigilii, tej MOJEJ (lecz obie były MOJE, czuję to w całym swoim przekonaniu, całą sobą) borykałam się z wieloma myślami. Przez głowę przechodziło mi wszystko naraz: żal, za utraconymi momentami; smutek, za to, że nie mogę pomóc wszystkim; PRZEJMUJĄCY smutek, że mało kto miał okazję zobaczyć to co ja dzisiaj; zalążek radości, że jednak niektórzy mogli zobaczyć i poczuć to co ja… i oczekiwanie. Na to że ich zobaczę. Wszystkich 11 i każdego z osobna, z ich wadami i zaletami. Z ich niedoskonałymi twarzami pełnymi zmarszczek pamiętających niejeden życiowy dół; z ich radosnymi uśmiechami – bo wigilia, bo jesteśmy, bo CHCEMY, bo się staramy, bo pielęgnujemy tę naszą coroczną rodzinną tradycję… z ich otwartymi ramionami, bo czekali już tylko na mnie, bo w tym roku byłam ostatnia… z ich zmartwieniem i rozczarowaniem, gdy dowiedzieli się, że troje z nas w tym roku nie da rady pomimo tej tlącej się naokoło nadziei… i z miłością, gdy połamał się pierwszy opłatek; gdy przypalił się pierwszy pieróg; gdy rozdarto pierwszy – czerwony – papier z opakowanej drewnianej kolejki wyciągniętej spod pachnącego igliwa… Pierwszy raz od – żeby Cię Drogi Czytelniku nie skłamać, ponad 10 lat poczułam, że się cieszę. Że pomimo, że brak mi moich 3 najważniejszych na świecie osób dzisiaj, że zobaczę je dopiero jutro (to jest dzisiaj), cieszę się. Że widzę ich wszystkich razem i każdego z osobna, gdy wspominają każdą najmniejszą drobnostkę; gdy wspólnie się śmieją i przypominają sobie wzajemnie tekst zapomnianej kolędy; gdy wciskają mi kolejną porcję makiełek, które uwielbiam… gdy zapomniałam już o co gniewałam się na ciocię, słuchając jej radosnego paplania i popijając – a jakże – wigilijne wino; gdy mogłam uściskać każdego z nich i powiedzieć im na głos, że się cieszę. Że cieszę się, że są: dla mnie, ze mną, dla NAS. Uwierz, dawno nie widziałam u Nich takiego uśmiechu. To tylko słowa lecz… czy to nie one, wypowiedziane ze szczerego serca czasem potrafią zdziałać więcej niż najpiękniejszy prezent?

Bądź. Pamiętaj. Uświadom sobie każdą sekundę, każdą minutę spędzoną ze sobą nie tylko w wigilię. Dla nich wszystkich, którzy są, których nie może być, którzy odeszli. Dla siebie. 

Dla Ciebie – Claudia Creager