Polityka dawania znikąd

Zapewne zauważyłeś Drogi Czytelniku eskalację panującą w tym momencie na ulicach naszych zarówno mniejszych jak i większych miast… a tyczy się ona kolorowych, powodujących we mnie chęć chwycenia za miotacz ognia niczym bohater filmu Operacja Overlord , wyjątkowo psujących otoczenie i przykrywających dyskontowe promocje – plakatów wyborczych.

Bo o ile mi wiadomo, zdecydowana mniejszość z nas (statystyki podawane przez media są bezlitosne, analizując sondaże wyborcze, gdzie media zarówno te telewizyjne jak i internetowe posługują się kolorowymi słupkami, według których 40 parę procent poszło na prawo, 60 na lewo, tworząc te ułudne 100%; gdy w ostatecznym rozrachunku zapominamy, że to tylko 40/60 % obywateli z tych niecałych 20 procent, które swój głos poszło oddać… w czasie gdy 80% spokojnie przełączało w tym czasie kanały na telewizorach w domu), naszym obywatelskim obowiązkiem 26 maja 2019 roku obudzi się rano; czy to spokojnie, czy w większym pośpiechu zje śniadanie popijając najczarniejszą z możliwych, czarnych kaw… I wprowadzając już ostatnie poprawki przy wiązaniu krawata w lustrze, w czasie gdy żona Twoja szuka odświętnego żakietu i pogania Twojego syna, by szybciej zakładał buty, bo nastała godzina wyjścia… doskonale wiesz o tym, że przed przekroczeniem progu kościoła o godzinie 12:00, tudzież po wyjściu z niego w okolicach godziny 13:00 (bo jesteśmy Państwem Kościelnym), kroki Twojej rodziny obiorą kierunek najbliższego okręgu wyborczego; więc przypominasz sobie, że dzisiaj oprócz drobnych na ofiarę na kościelną tacę musisz wziąć także dowód osobisty, aby móc w pełni swój obywatelski obowiązek wykonać – zakreślić krzyżyk przy nazwisku kandydata, który w Twoim mniemaniu cieszy się największym zaufaniem; ma najlepszy program wyborczy; lub jest to po prostu mąż ciotki, który chce sobie dorobić obierając stanowisko w paplamencie (pisząc słowo „parlament”, wdała mi się taka mała literówka… i wydała mi się do tego stopnia trafna, iż uznałam, że pozostawię ją w takiej formie; trochę komicznie, po złości, z półuśmiechem pod nosem), nie mając konkretnego planu zmian dla obywateli, a jedynie wizję zabrania trochę dla siebie od obywatelskiego koryta.

Ilekroć moim oczom ukaże się taki kolejny plakat, widzę zwykle te same twarze przewijające się przez parę kadencji (już troszeczkę wiekowych), tudzież nowopowstały ideał urody pośród młodych kobiet – zrobione rzęsy, włosy, nienaturalny makijaż. Widzę też plakaty z twarzami normalnymi, budzącymi zaufanie, uśmiechniętymi, bez niepotrzebnych ekspresji lub grymasów. I nachodzi mnie pytanie: w jakim celu dane osoby kandydują do – najistotniejsze – pozyskania naszego, wyborców – zaufania? Po kolei: czy jest to przedłużenie swojej formy utrzymania (bo z czegoś trzeba żyć), może chęć pozyskania stałej pensji za piękne oczy wystające zza wachlarza sztucznych rzęs, a może faktyczna chęć działania i pozornej zmiany?

Nie lubię polityki. Nie śledzę debat, nie popieram ani jednej ani drugiej strony. Mam jako tako ogólne rozeznanie w temacie, lecz nie śledzę każdej słownej przepychanki i próby udowodnienia obywatelowi, że druga strona jest gorsza.

Jednakże, patrząc na obecną politykę „dawania” (dupy – już tak brzydko skończę, w końcu, na arenie międzynarodowej jesteśmy wciąż daleko za małpami) powiem: jak można być aż tak naiwnym? Przed wyborami rząd robi wszystko: da kolejne 500+ na kolejną krowę, świnię, owcę, patyczaka. O ile mam pełną świadomość tego, że te pieniążki de facto niejedną potrzebującą rodzinę wywabiły z opresji i pomogły jako tako swoje życie ustabilizować, o tyle nie chcę rozwodzić się nad tym komu i za co się należą – chcę skupić się na realnej wartości owej jałmużny.

Bo w momencie wprowadzenia pierwszego „pińćset plus” był szał. RZĄD DAJE, więc jest dobry. DA, bo te pieniążki nam się należą. Bo my, ciężko na te dzieci pracujemy, jedni całym sobą, ciałem, duszą i umysłem; inni tylko intymnym narzędziem. Ale skąd te pieniądze się wzięły? Zapewne wiesz, że rząd własnych pieniędzy nie posiada. Zapewne wiesz, że aby te środki pozyskać, rząd musi: podnieść podatki; wprowadzić nowe, wcześniej nieznane podatki; zaostrzyć kontrole podatkowe. Wszędzie podatki.

I patrząc z perspektywy czasu, może i na początku 500 było 500. Jednakże, ceny wielu rzeczy wzrosły. Koszta utrzymania rosną, a więc z 500+ realnie zrobiło się jakieś 300+. Ale, kto by na to patrzył, przecież dostaję 500 zł do ręki, co mnie tam interesuje, że bochenek chleba kosztuje 30 groszy drożej? Że olej napędowy dawno wyprzedził ceny benzyny (spowodowane jest to też wieloma innymi czynnikami, ale ja nie o tym). No ale hola, rząd znowu chce dać kolejne 500? Żyć nie umierać, rzucam tę dodatkową robotę, bo należy mi się ot tak. Jasne, wszyscy płacimy podatki. Jedni większe, inni mniejsze. Jednakże, dziura w budżecie państwa po takim „flagowym” programie rządu zaczyna powiększać się w tempie grzyba atomowego po wybuchu bomby.

Bo nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę polaku, jak wiele młodych osób w tym momencie wyjeżdża za granicę, by móc dobrze żyć, bo tutaj ciężko im związać koniec z końcem? Jak wielu początkujących przedsiębiorców zamyka swoje działalności, bo podatki i składki są dla nich na tyle za wysokie, że nawet podstawowego stanowiska pracy nie są w stanie dla siebie stworzyć? Czy znasz polaku tempo wzrostu naszego długu publicznego? Mierząc tak ze stoperem w ręku i uśredniając jest to kilka tysięcy złotych na sekundę. Nie będę Tobie tłumaczyć co to za dług i według kogo, jest masa artykułów i osób, które zrobią to lepiej ode mnie. Dla mnie najistotniejsza jest jego wartość: prawie okrągły bilion złotych. I co dalej? Bo, mogą nam mydlić oczy, że dług rośnie, ale tak samo gospodarka rusza, PKB w stosunku do długu jest lepsze – jakże pięknie umieją ubierać w słowa to, że robią nas w cztery litery bez wazeliny.

Bo w momencie, w którym dług mocno przekroczy bilion, liczba ta zwiększy się do tego stopnia, że zacznie się aż prosić o pomoc, co zrobią? Dodrukują pieniądze, bo przecież tak można, tak jest najprościej. I nagle znowu, wartość (tego sławetnego 300+) robi się jakieś załóżmy 220+, bo wartość złotówki samej w sobie spadnie na łeb na szyję. A dług dalej rośnie. I w ostatecznym rozrachunku nie pozostanie nam nic innego, jak przesunąć przecinek. Inflacja.

Kiedy? Tego nie wie nikt. To mogłoby być chociażby jutro, a może i nawet za 20 lat. Pamiętasz jeszcze te ceny w milionach? Jeżeli urodziłeś się w latach ’90 jest spora szansa, że tak.

Doszła do mnie bzdura zasłyszana w telewizji, że obecna partia rządząca nie chce wprowadzenia Euro, bo to niekorzystne, bo milion innych powodów. OCH, NAPRAWDĘ? Czemu nie powiedzą Tobie i mi wprost, że to nie jest ich widzimisię, lecz siła wyższa, bo nikt nigdy nas do strefy euro nie wprowadzi, nawet, gdyby nasze zadłużenie spadło? BO JESTEŚMY ZA MARNI. Pozycja Polski w Europie na chwilę obecną ogranicza się tylko i wyłącznie do położenia geograficznego, pośrodku całego zamieszania. Chcemy być zachodem, sytuujemy się w środku Europy, dalej jesteśmy wschodem. Za mało mamy; za dużo rozdajemy; budżetem państwa zarządza grupa ludzi, którzy bardziej niż na długofalowe (nie)korzyści potrafi patrzeć aż – i tylko – 4 lata do przodu. Do kolejnej kadencji, do kolejnych wyborów. Państwo to biznes: to firma, która wymaga dobrych i skutecznych inwestycji: paliwa, rozsądnego gospodarowania; dlatego powinni rządzić nim przedsiębiorcy; nie ludzie z przypadku.

ALE, Tobie obywatelu, powiedzą, że wszystko jest w porządku. Że gospodarka rusza, gdy młodzi uciekają byleby na dalsze wyspy. Że więcej dzieci (czyt. siły roboczej) się rodzi, bo dostanie te 500 (220) złotych na pierwsze dziecko. Że emerytury wzrosną (a podstawowa składka ZUS przeciętnego przedsiębiorcy dawno przekroczyła 1200 zł). Że jest dobrze, bo dajemy, wspieramy te biedne rodziny, dając im możliwość; gdy dobrze wiesz, że lepiej dać wędkę, niżeli rybę… A dając wędkę i dwie ryby, możesz być przekonany, że wędka zostanie sprzedana na poczet zakupu ryby… i oczekiwaniu na tę kolejną, podarowaną. BO TAK JEST ŁATWIEJ. Zaślepią (w większości osoby starsze tymi bzdurami z telewizora), że za rządów obecnej/nieobecnej partii jest lepiej; gdy kościół dalej podatków nie płaci (i może nabywać ziemie rolne, które zostały zablokowane idiotyczną ustawą parę lat temu – długi temat, na szczęście w tym roku jako tako naprawiony); gdy kolejki do lekarzy tak naprawdę sięgają absurdalnych rozmiarów; gdy na list na poczcie kosztujący kiedyś 5,50 zapłacisz w tym momencie 18 złotych; gdy wszystko drożeje, by tę stale powiększającą się dziurę załatać, a ty wyborco zagłosuj na naszą partię – bo DAMY Ci jeszcze więcej (czytaj: zabierzemy znów stąd i stąd).

Chcę Tobie tylko Drogi Czytelniku powiedzieć, że skoro już wyciągasz dowód osobisty z kieszeni, odbierasz tę kartkę i zostawiasz stosowne krzyżyki – upewnij się najpierw, że dany kandydat dla Twojego regionu może istotnie wprowadzić jakieś korekty. Nie sugeruj się proszę manipulacją najpotężniejszych mediów – radia i telewizji – i poczytaj o sytuacji naszego Państwa w internecie, poszukaj artykułów, połącz kropki. I o ile wybory to tylko wybory, ty po prostu miej świadomość i uświadamiaj innych, jak to od podszewki wygląda. Bo masę niezwykle łatwo ukształtować… szczególnie, gdy świadomość realiów jest niska. Wybierając, wiedz do czego przykładasz rękę – i nie miej później do nikogo pretensji, że w kraju gorzej się żyje. Ewentualnie, ciesz się, że Tobie (chyba) jest lepiej.

Jednakże, tak po prawdzie, słowem podsumowania powiem Ci tylko moją Prawdę, w którą wierzę: Gdyby wybory miały coś zmienić, już dawno by ich zakazano.