ŻYJ CZŁOWIECZE… I DAJ ŻYĆ!

Pisząc te pierwsze linijki zastanawiam się jaki wydźwięk ma mieć dzisiejszy wpis. Czy chcę wyładować po troszę swoją frustrację na ludzi próbujących na siłę popsuć humor, samopoczucie, energię tudzież jakiś zalążek motywacji innym; czy może jednak chcę zająć się analizą myślenia jednej ze stron wirtualnego konfliktu; czy wreszcie przedstawić stanowisko przeciwko całemu wszechobecnemu hejtowi i zarazić niczym wszechobecna fala zimowych przeziębień, tak dogłębnie Ciebie Drogi Czytelniku – jak zwykle – dawką dobrej, nasycającej energii?

Zajmę się więc tym od podszewki; tak jak ścielisz sobie łóżko i dbasz o to, by najpierw materac leżał równo i broń boże nie był gdzieś niekomfortowo wyleżany tak i ja posłużę się takim fundamentem swojej analizy: a będzie nim konto na instagramie. Bo zapewne wiesz, że taka platforma istnieje i masz na niej konto (inaczej najprawdopodobniej nie trafiłbyś na ten wpis) o swoim indywidualnym pseudonimie; może masz je rok a może parę godzin – ale jest, istnieje, w jakimś konkretnym celu; nie założyło się samo i ot tak.

A celów może być cała gama niczym różnorodnych płatków śniegu o swoistym kształcie: może chcesz się zainspirować; poznać bratnią duszę tudzież miłość; być na bieżąco z technologicznymi nowinkami portali społecznościowych; wrzucać zdjęcia jedzonka żeby wszyscy naokoło dostawali ślinotoku bo tak świetnie radzisz sobie w kuchni… gdybym Drogi Czytelniku miała wymieniać te konkretne powody, zapewne mi zabrakłoby dzisiejszej nocy do pisania, a Tobie chęci do czytania, zatem pozostaniemy przy najpopularniejszym: bycie częścią społeczności. I tutaj gładko przejdziemy do nakrywania łóżka prześcieradłem: świeżo wypranym, miękkim, pachnącym delikatną nutą proszku do prania lub ostrym perfumowanym zapachem popularnej marki płynu do płukania. Podłoże treści. Czyste, naturalne i lekkie lub gryzące, drażniące, subtelne. Na tych dwóch typach chcę się dzisiaj skupić.

Publikowane treści mogą zawierać cokolwiek: rozmazane zdjęcie z dzisiejszego wypadu na ryby; świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy z dodatkiem cynamonu; uśmiechniętą buzię Twojej pociechy z czekoladą w dłoni; zakupowe nowości, którymi chcesz się pochwalić. To może być cokolwiek a i od Ciebie zależy czym i komu chcesz się pochwalić; czy traktujesz instagram jako „przedłużenie” facebooka czy jako platformę do blogowania i inspirowania. Czy Twoje konto jest prywatne i starannie selekcjonujesz osoby, którym powierzasz wirtualny „kawałek” siebie, czy publiczne, aby trafić do jak największej ilości osób ze swoim przekazem. Nie będę tutaj rozwodzić się nad algorytmem, starannością zdjęć, osobami do których kierujemy swoje konta – bo to nie o to chodzi w tym wpisie; ważne jest to, że wpisy są. Istnieją. Czarno-białe czy kolorowe. SĄ. Docierają do odbiorców. Do mamy, cioci, kuzynki, sąsiada, amerykanina na drugim końcu globu czy przyjaciółki.

PRZYJACIÓŁKI

To słowo jest tym szczególnym, na które będę zwracać uwagę w tym wpisie. Kołderka znajomości. Różowa lub czarna, którą wybierzesz?

Bo instagram jest wspaniałą platformą do nawiązywania nowych znajomości – i uwierz NAPRAWDĘ wiem o czym mówię; bo w moim życiu pojawiły się osoby, które stały mi się niezwykle bliskie dzięki temu, że mogłam przenieść znajomość z literek z ekranu na spontaniczne uściski, wybuchy śmiechu, pocałunki, wypady na kawę. Jednakże, instagram potrafi też popsuć nam relacje wśród bliskich, którzy kochają po prostu krytykować. Którzy nie zapytają Ciebie: dlaczego publikujesz? Nieistotne jest dla nich, że może chciałeś coś przekazać coś konkretnego; może podzielić się kontrowersyjną myślą; ulubionym ciastem zjedzonym w tajemnicy przed mamą, z którą jesteś na wspólnej diecie (a po cichu i tak każda robi swoje); a może po prostu szukasz towarzystwa, dobrego słowa, miejsca, gdzie możesz wylać swoje przemyślenia i niekoniecznie musi to być blog? Dla NICH istotne jest to, że jest to idea SPRZECZNA z ich przekonaniami: z ich dotychczasowym mniemaniem o Tobie, o wirtualnym świecie; konfrontacja z tym, co mówisz im a co światu. I nie pomyślą by Cię zapytać dlaczego; z góry już OSĄD wydany. Och, kim my jesteśmy by osądzać innych, kto dał nam takie prawo? Ja zawsze daleka jestem od osądzania; jak mediator spojrzę na obie strony lecz nigdy nie osądzę – bo uważam, że to prawo należy się tylko Jemu czyt. Bogu, Wszechświatowi, jak go dla siebie nazywasz (a najbardziej prawdopodobnie nawet On z niego nie skorzysta, tylko przyjmie z otwartymi ramionami).  Jednakże, oni to kochają. Zawsze zastanawia mnie pobudka: czy chodzi o samą sprzeczność dla zasady; czy może o niezrozumienie przekazanej myśli; czy po prostu zazdrość. Lecz, człowiecze, zostałeś osądzony, idź stąd bo już nie jesteś TAKI JAKIEGO ZNAŁEM.

Ale… dlaczego właściwie nie jestem taka jaką mnie znałeś? Czy spowodował to kolejny wpis, w którym mówię, że nie będę jeść czegoś, czym razem się zajadaliśmy w przypływie kolejnego „cheat day”, bo chcę zacząć dbać o linię? Czy może stwierdzam, że będę chodzić na basen, którego nie lubisz i nie możesz iść ze mną „bo nie”? A może pokazałam kawałeczek za dużo ciałka, co już przytwierdza do mnie łatkę „łatwej i puszczalskiej”, gdy wszyscy tak bardzo chętnie pokazujemy ciałko w bikini wrzucając zdjęcia z wakacji na facebooka, by nasi znajomi widzieli? Jeżeli na takiej podstawie chcesz naszą znajomość popuścić w zapomnienie to – droga wolna. Nie będę Ci zabraniać ani Cię zatrzymywać – bo dla mnie liczy się rozmowa, dociekanie, zadawanie pytań, analiza, refleksja. Cóż mi po osądach? Ot, takie sobie wydanie opinii z nudów, z chęci poczucia się lepszym, ważnym, dostrzeżonym może? A weź swoją opinię ze sobą do tobołka niczym Koziołek Matołek co z tobołkiem swoją drogę przemierzał – i tam też pozostań, życzę Ci samej światłości.

Pamiętaj jednak, że w ramach swojej wszechwiedzącej (bez zadawania pytań oczywiście!) opinii możesz kogoś skrzywdzić. Pamiętaj, że są ludzie wrażliwi. Że dla Ciebie powiedzenie paru słów, może przemyślanych może nie, lecz jednak powiedzenie dosadnie – może zranić czyjeś uczucia. Może wpłynąć na postrzeganie własnej osoby, na pęknięcie już i tak kruchej i cienkiej tafli drobnej pewności siebie; na późniejsze problemy z codziennymi czynnościami, z nawiązywaniem nowych znajomości, z przełamaniem się patrząc na swoje odbicie w lustrze. Ta fala instagramowego hejtu (bo ty taka nie jesteś, bo ja Ciebie znam; a może i jednak nie?) i przewijający się dzisiaj hasztag #bluemonday przypomniał mi o tym, że Ci osądzacze, oceniacze może i gromko przenieśli się do sieci – lecz wielu z nich wciąż rani innych, bliskich bądź mniej bliskich w świecie swoim, codziennym.

Powiem teraz w odniesieniu do swojego własnego profilu: bo jest on NIEZWYKLE wolny od hejtu – i za to Tobie i każdemu dziękuję z osobna, bo wiem dlaczego ze mną jesteś, a dlaczego tych, których gorszę ze mną nie ma – i lepiej niech zostaną gdzieś daleko, dobrze mi na tej różowej chmurce pozytywnej energii. Jeżeli się ktoś taki – osądzający mnie wprost – pojawi, może się spodziewać mocnego pstryczka w nos, będzie bolało, oj tak. Lub spotka się całkiem odwrotnie z falą… pustki. Bo moje zainteresowanie poleci w zupełnie innym kierunku, bardziej dla mnie cennym i zajmującym. I taki hejter znudzi się prędzej czy później (tak zakładam!).

Jednakże, są osoby, które zainspirowały mnie do tego wpisu, które znam, z którymi rozmawiam, które nie są takie odporne jak ja. Które każdą najmniejszą uwagę biorą bardzo do siebie, do swojego małego światka, analizują z każdej strony, poprawiają, szukają błędu W SOBIE. I taka uwaga, rzucona niewiadomo skąd potrafi popsuć pół dnia, tygodnia, może życia; gdy nikt nie zapyta się – jaki miałaś/miałeś powód? Jaki/jaka jesteś? Nie postara się poznać, ani zrozumieć. Tylko sądzi. Może w takim razie idź studiować prawo? Dobry kierunek, ciężko się dostać, ale przecież z Twoim talentem do osądzania droga wolna na stanowisko Sędziego Narodowego, przecież to takie łatwe i przyjemne, osądzać. Przychodzi ot tak, nieprawdaż?

Przejdę teraz z tej wygodnej kołderki na podłogę dnia codziennego, w końcu już wystarczająco się wyleżeliśmy w tej miękkiej, wirtualnej pościeli (czarnej czy różowej?).

Ileż ja znam historii osób zmagających się z depresją (#bluemonday mood), bo w dzieciństwie usłyszeli kpiącą uwagę na temat swojego wyglądu od takiego „osądzacza”? Ile problemów wzięło się w ich codziennym życiu, gdy patrzyli w lustro i nie dopuszczali do siebie myśli, że jest inaczej, bo przecież ON tak powiedział, to tak MUSI być! Że ten nos jest za krzywy i zbyt brzydki (przykład z autopsji, też uchylę rąbek swoich dziecinad), że beznadziejnie grasz w piłkę więc nie nadajesz się DO NICZEGO, że nie masz najnowszego ajfona (nie mam nic do jabłuszek, wystukuję literki na klawiaturze mojego kochanego iMaca) więc jesteś GORSZY; że nie dajesz się namówić na papieroska czy działkę więc jesteś NUDNY – ileż myśli musi wtedy kotłować się w takich głowach? Ile poczuć winy, że nie jesteśmy tacy FAJNI, że na pewno nie lubią nas przez ten krzywy nos (który dla kogoś może być najpiękniejszy na świecie), zaszywamy się gdzieś cichutko, w sobie, stawiając te cegiełki naokoło siebie, by stworzyć z nich mur nie do przebicia głową, młotem pneumatycznym, kulą na łańcuchu. Ileż chwil moglibyśmy uratować dobrym słowem; ile motywacji przekazać KONSTRUKTYWNĄ uwagą; ile ciekawych rozmów spowodować pytaniem: DLACZEGO; ile istnień uratować biorąc lekko pod skrzydełko taką skrzywdzoną osóbkę i dając jej namiastkę ciepła, troszkę pożywnych ziarenek i odrobiny wody, aby ziarenka w głowie mogły wykiełkować w stabilne, niezaburzone poczucie własnej wartości?

Nie oceniaj ot tak. Pytaj. REAGUJ. Możesz odmienić czyjeś życie. Jeżeli tylko chcesz, patrzysz i WIDZISZ.

P.S. Którą kołderkę wybrałeś?